Leszek Mozdzer
W piątkowym wydaniu Gazety Wyborczej w dodatku “Wysokie Obcasy” pojawił się wywiad z Leszkiem Móżdżerem.
Leszek Możdżer to wybitny polski pianista jazzowy europejskiego formatu, jest moim ulubionym polskim muzykiem ;)
Pana mama jest informatykiem, ojciec inżynierem. Bywa pan umysłem ścisłym?
Muzyka to też matematyka. ćwierćnuty, ósemki, szesnastki… aż do nieskończoności. Są dwie nieskończoności w myśleniu o rytmie. Dzielić jak najszybciej i dzielić jak najwolniej. Im się jest starszym, tym się gra mniej dźwięków w czasie.
Kim pan się czuje: chłopcem, mężczyzną, geniuszem, gwiazdą…
Każdym z nich. I nieudacznikiem. Na przykład wychodzę na scenę jako jakaś tam legenda pianistyki. A czasem trudno w piątek o 19 w małej sali udowodnić, że się jest legendą. Keith Jarrett nagminnie odwołuje koncerty godzinę przed, żeby je w końcu zagrać. Musi nie musieć, musi móc.
A kiedy pan czuje się chłopcem?
Jak biegam po trawie. I jak się boję porozmawiać z piękną kobietą.
Muzyką można uwieść kobietę?
Można.
Zdarzyło się panu?
Uwieść można tylko tę kobietę, która tego chce. I wtedy nieważne, czym się uwodzi. Nie miałem kiedy nauczyć się rozmawiać z kobietami. Pracuję nad tym teraz. Tę robotę każdy odwala w wieku 20 lat, ja nie miałem czasu, bo grałem. Przez 15 lat nagrałem prawie sto płyt i zagrałem ze dwa tysiące koncertów.
Czego nauczył się pan od kobiet?
Za długo musiałbym wymieniać.
A muzyki?
Akurat muzyki uczyłem się od mężczyzn. Mało jest kobiet w muzyce. Tłumaczę to sobie tak: kobiety lepiej potrafią celebrować proces życia, głównie w drobiazgach: piciu herbaty, rozmowie, budowaniu relacji. A mężczyźni bardziej popychają cywilizację do przodu. Ale to się zmienia. Teraz kobiety stają się wizjonerkami. Myślicielkami. Zresztą każda kobieta jest wyjątkiem od reguły.
A czego nauczył się pan od siebie?
Kiedy miałem nagłe zastępstwo w orkiestrze wykonującej ‘Sen nocy letniej’, musiałem nauczyć się partii, które sam napisałem. Kiedy otworzyłem nuty, pierwszym odruchem było przerobić tę partię. Odbyłem sam ze sobą rozmowę: słuchaj, koleś, nie myśl za dużo. Kompozytor siedział nad tym kilkanaście miesięcy. Grzecznie wykonaj te partie i nie zastanawiaj się nad celowością poszczególnych nut. Skup się nad precyzją, artykulacją i frazowaniem, to są twoje zadania na dziś.
Podczas pisania opery “Sen nocy letniej” zapomniał pan o całym świecie. Teraz też się to zdarza?
To najpiękniejsze momenty! Ale zapomnieć się na 11 miesięcy to trochę dużo. Otwierałem potem listy i pisma urzędowe sprzed pół roku. A potem był taki moment, gdy siedziałem na plaży, trzymając w rękach skończoną partyturę “Snu…”, i czułem, że moje życie ma sens. Mogłem już nawet umrzeć. Tak mi się wtedy wydawało.
A teraz? Tak, zdarza mi się zapomnieć o całym świecie. Ale już nie biorę tak wielkich projektów. Nauczyłem się też współpracować z ludźmi, zlecać im część zadań. Kiedyś przed postawieniem pierwszej nuty przeżywałem ogromne rozterki. Szybciej podejmuję decyzje, mam większą wprawę i więcej szacunku do swojej pracy. Wolę poprawić to, co napisałem, niż wyrzucić to do kosza.
Już nie jest pan perfekcjonistą?
Już nie. Perfekcjonizm to piekło, pułapka braku akceptacji dla samego siebie. Inna sprawa, że gram na fortepianie 31 lat. Doszedłem do pewnej wprawy i mogę sobie pozwolić na brak perfekcjonizmu. Błędy mnie czasem nawet bawią. Zresztą muzyka jazzowa opiera się na błędach. Uwielbiam słuchać pomyłek Milesa, Shortera, Hancocka czy Tony’ego Williamsa. Ale jak mistrz się myli - tego się tak przyjemnie słucha!
A jak pan się pomyli?
Akceptacja to podstawa - oto moje najnowsze odkrycie. Moje życie stało się szczęśliwsze. Mniej mnie irytuje stanie w kolejce na poczcie i smród w taksówce.
Lubi pan być sam?
Nie mam innego wyjścia, więc lubię. Każdy jest sam.
Oczywiście, mam przyjaciół i mam też wrogów - to nie mniej cenne. Traktuję ich jak przeciwciała, które też mnie pobudzają do rozwoju. Moi wrogowie są częścią mnie, sam ich sobie wykreowałem.
Wyznacza pan sobie wrogów?
Podświadomie ich prowokuję do tego, żeby byli.
A kiedy gra pan koncert np. taki jak w Santiago, dla 15 tysięcy ludzi, jest pan wtedy sam?
Kompletnie. Grałem jeszcze większy koncert - w Gdańsku z Davidem Gilmourem, tam było około 60 tysięcy ludzi. Tylu ludzi pod sceną prowokuje do stawiania sobie ważnych pytań. Nie gra się po to, żeby podrywać panienki. Im więcej słuchaczy, tym większa samotność na scenie.
Grał pan na weselach?
Grałem. Grałem w Brazylii na dworcu - w specjalnie zbudowanym akwarium. Pod mostem Świętokrzyskim w Warszawie. Z chłopakami na ulicy. W barach, na korytarzach. Tam, gdzie stoi instrument, tam można uprawiać z nim muzykę.
Można powiedzieć, że “robi pan w Hollywoodzie”?
Dorabiam sobie. Uczestniczę w nagrywaniu muzyki do filmów 20th Century Fox czy Miramax.
A w reklamie?
Dwa razy. Raz trafiłem w gust klienta, a za drugim razem kompletnie nie. Dostałem 20 spotów, żeby zorientować się, jakie są muzyczne trendy w reklamowaniu makaronu. Może gdybym lepiej się w nie wsłuchał, zostałbym specjalistą od pisania muzyki do makaronu. Niestety, moja muzyka nie podkreślała produktu, była zbyt samodzielna. Zamówienie brzmiało: “Proszę napisać coś wzruszającego”. Napisałem. Za kilka dni telefon: ‘To zbyt wzruszające’.
Pana mama jest informatykiem, ojciec inżynierem. Bywa pan umysłem ścisłym?
Muzyka to też matematyka. ćwierćnuty, ósemki, szesnastki… aż do nieskończoności. Są dwie nieskończoności w myśleniu o rytmie. Dzielić jak najszybciej i dzielić jak najwolniej. Im się jest starszym, tym się gra mniej dźwięków w czasie.
Pan ile teraz gra?
Jeszcze mnie ciągnie, żeby zagrać jak najwięcej dźwięków, choć doceniam ciszę. W muzyce cisza jest ważna. Głównym grzechem muzyków jazzowych jest ignorowanie ciszy, lęk przed nią. Cisza powoduje napięcie w muzyce. Ale cisza absolutna jest nieosiągalna. Ucho ma umiejętność akomodacji - im jest ciszej, tym więcej wyławia dźwięków. Więc nie można żyć w ciszy, tak jak nie można żyć w próżni. Zawsze starałem się znajdować w otoczeniu harmonię. Przesiadywałem na balkonie i słuchałem, jak przypadkowe dźwięki układają się w rytmy, jak odpowiadają jedne drugim. Są takie cudowne momenty, kiedy telefon zadzwoni w tej samej tonacji co klakson w taksówce.
Jak pan się wycisza?
W głośnych miejscach. Chodzę do klubów, gdzie jest głośna muzyka.
Muzyka klubowa jakoś pana zaskakuje?
Rzadko. Jak się grało w szkole sonaty Prokofiewa albo jakąkolwiek dobrą literaturę muzyczną, trudno się zachwycić poszukiwaniami muzyka elektro, który odkrywa zjawisko trytonu, pentatonikę czy równoległe tercje. Poza tym komputer podsuwa pewne gotowe rozwiązania. Mało jest dobrych rzeczy jak choćby Jazzanova. Misterna robota polegająca na składaniu w spójną całość obcych sobie elementów. To doceniam. Kiedyś próbowałem coś takiego zrobić - zmontować utwór z muzyką klubową, gdzie każdy akord miałby inne brzmienie. Powyciągałem sample z różnych płyt, fajne akordowe zwroty fortepianowe, ale po półgodzinie odpuściłem - nie byłem w stanie złożyć tego w całość.
Ma pan iPoda?
Mam od roku, ale włączyłem go może ze dwa razy. Jest tyle muzyki wokoło: samochody, szklanki, nawet teraz - te odbicia, tutaj jest wysokie pomieszczenie.
To nie jest dekoncentrujące?
To stereofonia. Podstawowy podział w moim życiu: kanał lewy - kanał prawy. Rozmawiamy, a ja cały czas kontroluję, co się dzieje w tle. W tym hotelu jest mnóstwo dźwięków. Słucham ich uważnie, bo mogą mi się w każdej chwili przydać.
Źródło: Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy
Leszek Możdżer - Incogitor
Leszek Możdżer - Suffering
Leszek Możdżer feat. Grammatik, Fenomen - Każdy ma chwile ‘99

